czwartek, 19 kwietnia 2012

Castello di Romena czyli kręgi piekła

Niedziela była słoneczno - deszczowa, trochę wietrzna i lekko chłodna, jedna z tych, kiedy można by się gdzieś wybrać, ale można by też bez poczucia straty zostać w domu. - Możemy gdzieś pojechać - zgodził się niechętnie G., który lubi spędzać leniwe niedziele w Molino, pójść na spacer gdzieś w okolicy, powygrzewać się w wiosennym słońcu na pomoście albo przejść się po naszej dolince, oglądając ją gospodarskim okiem i planując zmiany. Ja zresztą także to lubię, towarzyszę mu w tych przechadzkach zastanawiając się, jak to jest, że każde z nas widzi co innego, on klomb, który trzeba zlikwidować, ja różę na klombie, którą trzeba przyciąć. Rozglądamy się tak mając świadomość, że zajęć tutaj wystarczy na długo, gdy jedno jest skończone, zawsze znajdzie się coś innego, i tak bez końca. - A co byś wolała robić? Siedzieć w wypucowanym mieszkaniu i zajmować się swoimi sprawami? To przecież masz w Warszawie - mówi G., dla którego praca w Molino, a właściwie związany z nią tryb życia, okazał się życiowym powołaniem. W dzień doglądanie remontu i porządki na tarasach, z przerwą na obiad i sjestę na pomoście, wieczorem książka przy kominku (założyliśmy molińską bibliotekę książek, które wymagają czasu i spokoju) albo spotkanie w miłym towarzystwie.

Ale tej niedzieli dał się namówić na wycieczkę. - Tylko nie bardzo daleko - zastrzegł. Pojechaliśmy na północ, do doliny Casentino, której część stanowi Parco Nazionale delle Foreste Casentinesi rozciągający się u stóp Monte Falterona, skąd wypływa rzeka Arno. To mało znany obszar; choć blisko Florencji, turyści rzadko tu trafiają. Im dalej na północ, tym krajobraz bardziej górzysty, a drogi wąskie i kręte. Przed wiekami trudnodostępne podnóża toskańskich Apeninów przyciągały pustelników: św. Franciszek ukrył się w La Vernie, w Camaldoli powstał erem i klasztor kamedułów. Jechaliśmy do eremu zupełnie pustą drogą, gdy nagle pojawił się znak: droga zamknięta, 9 km.
- Pewnie  postawili go zimą, kiedy był śnieg, i został - stwierdził G. - Nie będziemy zawracać.
Pojechaliśmy więc dalej. Wkrótce skończył się asfalt, zaczęła się wiejska szutrowa droga, która po chwili zamieniła się w kamienisty leśny trakt. Jechaliśmy przez las, wokół było zupełnie pusto, coraz mniej widoczny trakt wił się pod górę, wyglądało na to, że wjechaliśmy w zupełnie odludną okolicę. - Nie mam zapasowego koła - przypomniał sobie G. A po chwili dodał: - ani komórki.
- To może zawrócimy?
W tym momencie zobaczyliśmy szlaban i sprawa się rozstrzygnęła. Zawróciliśmy, skręciliśmy w inną, równie pustą drogę i w końcu dojechaliśmy do Monastero di Camaldoli. Klasztor, którego początki sięgają XI wieku, okazał się ogromnym, przytłaczającym kompleksem budynków. Zajrzeliśmy do przyklasztornej apteki noszącej obiecującą nazwę Antica Farmacia dei Monaci Camaldolesi, gdzie można kupić nalewki i likiery robione według starych receptur, kupiliśmy likier o zagadkowym i przepięknie brzmiącym składzie ( m.in. angelica archangelica, piper nigrum i pimpinella anisum) i wróciliśmy. Do eremu żadne z nas nie miało już ochoty jechać, nie bez zapasowego koła i komórki.

***

Castello di Romena leży w części doliny, gdzie krajobraz jest łagodniejszy, na szczycie wzgórza, skąd  rozciąga się widok na równinę i dalekie pagórki. W czasach swojej świetności był to zamek warowny, otoczona potrójnym pierścieniem murów forteca nie do zdobycia, z czternastoma wieżami z których strażnicy dzień i noc wypatrywali zapewne wroga. Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z 1008 roku; był on wtedy własnością conte Guido Alberto dei Marchesi di Spoleto, który od 1055 roku panował nad całą doliną. Gdy później powstała dynastia Conti Guidi, zamek stał się jej własnością. W ich rękach pozostawał aż do 1357 roku, kiedy to za 9600 florenów kupiła go Florencja. Te czasy to złoty wiek il castello; minęły bezpowrotnie, gdy w 1579 roku zamek zniszczyło trzęsienie ziemi. Zrujnowany, w 1768 roku trafił w ręce Conti Goretti de Flamini, którzy do dziś są jego właścicielami. Dzięki nim to, co z zamku pozostało, nie zostało rozgrabione przez chłopów jako materiał do budowy domów.




Zewnętrzny pierścień murów chronił wieś i pola, uprawiane zresztą jeszcze w XIX wieku. Wewnętrzne mury otaczały obszerny dziedziniec, Piazza d’Armi, który z jednej strony zamyka Torre della Postierla, wieża z bramą i podnoszonym mostkiem. Można się tędy dostać na niewielki wewnętrzny dziedziniec gdzie mieściła się Torre del Mastio, ostatni i  najwyższy punkt obronny zamku. Z drugiej strony Piazza d’Armi zamyka wieża więzienna - Torre delle Prigioni, która prawdopodobnie była inspiracją dla Dantego gdy pisał o kręgach piekła. Przypuszcza się że Dante, który był w przyjaźni z rodem Guidich, schronił się tu, gdy go wygnano z rodzinnej Florencji.

***

Zaglądam do Torre delle Prigioni.  Do pomieszczenia, w którym teraz jesteś, zrzucani byli skazani na śmierć; przez małe okienko docierało tu nieco światła i powietrza - informuje napis. Wnętrze jest puste i schludne, pachnie wilgotnym cementem. Więzienie miało, jak widać ze śladów po belkach, kilka poziomów. Skazanych przekazywano przez umieszczone centralnie otwory, jak ten zachowany w sklepieniu. Na samej górze było miejsce przeznaczone dla sądu.

Wyobraźnia podpowiada mi, jak mogło to wyglądać: a więc sąd wyznaczał karę, którą natychmiast wykonywano. Bez zbędnej zwłoki, przez otwór w podłodze skazany wtrącany był wprost do celi. Jeśli przewinienie było lżejsze, pozwalano mu zostać wyżej, jeśli cięższe, strącano go niżej. Jeśli sąd skazał go na śmierć, przeznaczony był mu loch na samym dole, gdzie gnił dzień po dniu na wilgotnych kamieniach. W końcu umierał, mając w oczach rozmazane plamy słońca wpadającego o świcie przez szczelinę w murze.
 


***

Rzeczywiście, idea kręgów piekła mogła powstać w tej wieży, gdzie skazani wrzucani byli na odpowiedni poziom w zależności od wagi przewinienia. Idąc po zielonej trawie Piazza d’Armi zastanawiam się, jakie przewinienia uważano za lekkie. Kradzież? Za złamanie przykazań kara nie mogła być lekka, ale może wystarczało obcięcie ręki, innym złoczyńcom na postrach? Cudzołóstwo? Także wbrew naukom Kościoła, jednak sam Kościół nie miał czystego sumienia… więc może kara średniociężka. Fałszerstwo? W historii zamku był taki przypadek, Dante o nim wspomina, a skoro wspomina, kara nie mogła być lekka. Napad? Za rozbój karano śmiercią, tak mi się wydaje. Oszustwo? Korupcja? Kłamstwo? Tu sąd mógł być wyrozumiały, to powszechne przewiny. Zdrada? Zawsze w historii zdrajca zasługiwał na śmierć.

W schludnym pachnącym cementem pomieszczeniu musiało być kiedyś tłoczno. Dante zobaczył tu sceny, które na zawsze stały się synonimem piekła. Wyobraźnia podsuwa mi obrazy wycieńczonych cuchnących ludzi bez kontaktu z rzeczywistością, umierających w świecie przywidzeń i omamów, gadających do siebie, czasem śmiejących się z czegoś co minęło, czasem wyjących z beznadziei, która trwa. Chłód, wilgoć i fetor, tak musiało wyglądać piekło, które dostrzegł Dante w Torre delle Prigioni.

***

Castello di Romena, zapamiętajcie. W sam raz na słoneczno-deszczową niedzielę - jeśli oczywiście nie macie innych planów.



niedziela, 15 kwietnia 2012

Pomidorowo

Rozmawiamy z panem R. (który wie wszystko o wszystkim) o pomidorach, na których pan R. oczywiście zna się jak nikt. W ubiegłym roku mieliśmy pełne orto pomidorów i zupełnie straciłam nad nimi kontrolę. Teraz chciałabym mieć mniej, ale porządniej.
- Będą nam potrzebne paliki, dużo wysokich palików - zagadnęłam. - Długich, prostych i mocnych.
- Ee tam, po co paliki. Krzyżaki trzeba postawić i sznurek uczepić. Przyglądałem się, jak oni tu robią. Do sznurka uwiązują i rosną.
- I sznurek to wszystko utrzyma?
- Jak krzyżak dobrze zbity a sznurek mocny, to pewnie że utrzyma.
- A nawóz? Nic tu nie rośnie.
- Bo ziemia słabiutka. Marchewczyna jaka wyrosła, pory rok temu wsadzone wcale nie większe.. Kurzaka trzeba przywieźć i kurzakiem polewać.


Ziemia w orto jest gorzej niż beznadziejna, szarożółta, gliniasta i kamienista. Najlepiej się w niej czują chwasty i selery, całkiem nieźle pomidory i arbuzy. Reszta ledwie zipie. Marchewki w zeszłym roku mieliśmy jak zapałki, koperek nawet nie wzeszedł, groszek podobnie, pietruszka zżółkła po posadzeniu, rzodkiewki zostały zjedzone przez robaki jak tylko wykiełkowały, a papryka urosła miniaturowa. Nawóz dobrze by im zrobił, ale kurzak pana R. zdecydowanie mnie przerasta. Jakiś Florovit muszę kupić albo coś podobnego.

Nie mam pojęcia o nawożeniu marchewki...
I nie mam siły do twardego jak skała orto.
Życie na wsi to naprawdę ciężka sprawa. 
Ech.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Różowo

Znalazłam ją, piękną Old Tuscany w kolorze czerwonego wina, starszą siostrę Pietra da Cortony, i kupiłam. Od razu dwie - skoro już znalazłam, a nie jest to popularna odmiana - i  oprócz nich jeszcze kilkanaście innych, a żeby zamknąć sprawę, jeszcze dwie kolejne. Jak już coś robić, to porządnie, nie mam racji?


Temat róż to ocean, na którym gdzie nie spojrzysz - przestrzeń, i nie łudź się, że kiedykolwiek zobaczysz horyzont. Odmian są jakieś bezkresne tysiące i wciąż  powstają nowe. Zaczęłam w ten temat wchodzić ostrożnie, trzymając się sprawdzonej klasyki róż okrywowych czyli  niewielkich, mało wymagających, gotowych rosnąć w doniczkach, odpornych na mróz i choroby. Na początek kupiłam całą białoróżową rodzinę The fairy, róże które mają drobne kwiaty, kwitną od wiosny do jesieni i byłyby ponoć odmianą idealną gdyby nie to, że nie pachną. A potem popłynęłam i kupiłam wesołą kolorową Baby Masquerade, niezwykle odporną maleńką czerwoną Baby Crimson i wytwornego Leonarda da Vinci, który też nie ma nadmiernych ambicji jeśli chodzi o wzrost, i kwitnie przez całe lato. A teraz szukam Sangerhausen Jubilee, staroświeckiej i eleganckiej, która zachwyciła mnie kremowomorelowymi wielkimi kwiatami, a na liście mam jeszcze Moonlight i Veilchenblau, Chopina i Marie Louise Velde oraz kilka innych,  których nie kupiłam tylko dlatego, że nie na razie nie wiem co z nimi zrobić.

Uprzedzałam, że róże to temat bez końca?

Wiem już, gdzie moje róże posadzę. Old Tuscany trafi na taras za domem, jest tam murek z przejściem, posadzę ją po obu stronach. Pozostałe znajdą miejsce między przednim a tylnym domem, gdzie po wymianie rur wróciły wreszcie kamienne płyty a przy okazji panowie zrobili otoczone murkami rabaty, dość płytkie, więc nie można posadzić  tam nic większego. Zwisające róże będą wyglądały fantastycznie.
I już wiem, że się na tym nie skończy. Do zagospodarowania mamy jeszcze ściany domu, murki oporowe, zbocza tarasów, pień suchego orzecha...róże, wszędzie widzę róże!

wtorek, 10 kwietnia 2012

Mercatino delle Cose del Passato

Cose del Passato, rzeczy z przeszłości, rzeczy należące do przeszłości, o ile to ładniejsze  niż polskie starocie. Starocie to zakurzone niepotrzebne szpargały i rupiecie, rzeczy należące do przeszłości to rzeczy niedzisiejsze, w staromodny sposób porządne i trwałe. Obdarzono je niespodziewanie długim życiem i na przekór zdrowemu rozsądkowi przetrwały swoich właścicieli. Taki na przykład wózek dziecięcy na żelaznych kółkach. Żadnej z niań, które pchały jego wygiętą rączkę, ani żadnego z marudzących niemowlaków nie ma już z pewnością na świecie. Jeśli mają szczęście, istnieją w czyjejś pamięci, jeśli nie, ślady po nich rozpłynęły się na dobre. A wózek stoi, wolny i niczyj jak wtedy gdy był nowiusieńki, po wyczyszczeniu gotów zacząć drugie życie - tym razem wózka-celebryty, eksponatu z wystawy.



Sentymentalnie, prawda? Stare wózki, stare parasolki, stare garnki i wszelkie inne stare przedmioty (a także stare domy, rzecz jasna) tak właśnie mnie nastrajają. Niezależnie od tego, czy to proste starocie czy eleganckie cose del passato. Zawsze mają mnóstwo historii do opowiedzenia, wystarczy się im dobrze przyjrzeć. Historie krążą w powietrzu, każda prosi o chwilę uwagi, chce dostać swoją szansę i jeszcze raz zaistnieć. Może dlatego tak lubię takie targi?



W zeszłym roku odkryłam Mercatino delle Cose del Passato w Greve in Chianti, organizowany co roku w poniedziałek wielkanocny na Piazza Matteotti. Po raz pierwszy zorganizowano go 40. lat temu, co było zapewne reakcją na coraz większe zainteresowanie Toskanią i wszystkim co toskańskie. Obecnie - jak twierdzą organizatorzy - to jeden z lepszych targów dla  kolekcjonerów we Włoszech. Można tu dostać stare meble, zarówno autentyczne jak i kopie, stare narzędzia, szkło, ceramikę, obrazy, kute żelazo, tkaniny i całą masę przedziwnych eksponatów. O targu można poczytać tutaj.



Jeśli ktoś miałby ochotę się tam wybrać, najlepiej pojechać rano. Około dziesiątej jest jeszcze w miarę pusto, w miarę chłodno, i  można znaleźć miejsce do parkowania. Nie obiecujcie sobie jednak zbyt wiele - kto zna targ w Arezzo (pierwsza niedziela miesiąca z poprzedzającą ją sobotą), może być rozczarowany. Targ w Greve in Chianti jest bez porównania mniejszy, a trzeba czekać na niego aż rok.

piątek, 6 kwietnia 2012

Pizza, krzyż i colomba

Niedawno nasi włoscy sąsiedzi znowu nas zaprosili na pizzę. - Musimy to tak zaplanować, żeby ragazzi też mogli przyjść - zapowiedziała Pia. Ragazzi to nasi panowie; Pia i Giovanni od momentu gdy zobaczyli oczyszczone tarasy oliwne mają dla nas dużo uznania, prawdziwy jednak szacunek żywią dla panów, którzy całą tę robotę wykonali. A zwłaszcza dla pana R., którego wszechstronne talenty nie znają językowych granic ni barier, i którego dogłębna znajomość wiejskiego rzemiosła budzi ich autentyczny podziw. Zostaliśmy więc zaproszeni wszyscy - obaj panowie, pani E., która z racji częstych wizyt w okolicy zalicza się już do grona przyjaciół, G. i ja, a także sąsiad z naprzeciwka. Razem sześć osób. Spotkanie miało być połączone z lekcją gotowania. - Wy we dwoje przyjdźcie wcześniej, zobaczycie jak robi się ciasto na pizzę - zaproponowała Pia, a G. z entuzjazmem się zgodził.

Kiedy pojawiliśmy się w jej kuchni, na stolnicy czekała już góra mąki, obok w rondelku woda, do której Pia wrzuciła drożdże, i oliwa. Ciasto zostało zagniecione, wyrobione - trzeba mieć do tej pracy naprawdę mocne ręce, zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z taką ilością mąki - po czym Pia uformowała z niego wielką bułę. - Teraz musi wyrosnąć - powiedziała i nacięła bułę na krzyż. 
- Krzyż dlatego, że ciasto pęka, czy ma znaczenie religijne? - zapytał G.
- Taki jest po prostu zwyczaj - odpowiedziała Pia -  na dole, w forno, też jest krzyż.

Forno oglądamy już później, wieczorem. Nasi sąsiedzi nazywają tak małe pomieszczenie w budynku gospodarczym, z wbudowanym w ścianę piecem do pizzy, czyli również forno.  Oprócz forno jest w forno gruby kasztanowy blat, na który wykłada się pizze, a w rogu - palenisko z dużym kotłem. Kiedyś gotowano w nim karmę dla zwierząt, teraz Pia przerabia tu latem pomidory na zapas sugo dla całej rozległej rodziny. Ściany forno są czarne od dymu i sadzy. - Tu, nad paleniskiem, jest krzyż - pokazuje Giovanni, a mnie przychodzi do głowy, że w forno krzyż musi mieć moc religijną, bo rozżarzony piec w wieczornych ciemnościach wygląda jak czerwone oko piekła, może nie bez przyczyny? - To też zwyczaj, jest tu od zawsze, był kiedy kupiliśmy ten dom.
- W Polsce jest zwyczaj, że nie wyrzuca się chleba - mówię, bo przypominam sobie, że przestrzegała tego moja babcia. Nie wiem, co się robiło ze starym chlebem - dawało zwierzętom, może paliło, ale nie należało go wyrzucać.  - A co wy robicie z suchym chlebem?
- O, jest mnóstwo potraw z chleba. Panzanella, ribollita, zuppa di pane… Albo pappa al pomodoro, pyszna. Kiedyś zrobimy, to zobaczycie.

***

Zastanawiam się co sprawia, że nasi sąsiedzi są nam tak życzliwi. Żeby przyjąć tyle osób, trzeba zadać sobie sporo trudu. Dlaczego to robią? Jesteśmy przecież tutaj obcy, nie łączy nas ani język ani doświadczenie, nie możemy być im w żaden sposób pomocni. Czytam o mieszkańcach Toskanii, że mają dość turystów i cudzoziemców wykupujących stare gospodarstwa, przerabiających je na letnie domy z basenami, nie dbających o ziemię; że obcym trudno o ich akceptację; że trzeba czasu, zanim cię zaliczą do swoich. Czyżbyśmy mieli wyjątkowe szczęście? A może to wykrzywiony obraz, niechęć i konflikt są przecież bardziej nośne niż życzliwość i przyjaźń i chętniej się o nich mówi. Wiadomo, dobra wiadomość to żadna wiadomość, zła wiadomość to news.

- Dziś wszyscy tylko siedzą przy telewizorze - mówi Pia - kiedyś dużo rzeczy robiło się wspólnie, z sąsiadami. Nie było telewizji, nie było elektryczności, ja jeszcze uczyłam się przy świeczce, albo przy lampce oliwnej.
Już kiedyś o tym wspominała i być może to jest właśnie odpowiedź. Nasi sąsiedzi, ludzie z epoki wiejskiej wspólnoty, chcieliby do niej wrócić w dzisiejszych dziwacznych czasach, z przyjezdnymi, którzy zastąpili znanych i bliskich sąsiadów.

***

Krzyż na drożdżowym cieście Pii przypomniał mi się dzisiaj, gdy szukałam przepisu na colombę. Nieświadomym wyjaśniam, że colomba to włoskie wielkanocne ciasto drożdżowe, zwykle posypane migdałami i cukrem. Ma kształt gołębia (który można zresztą dostrzec tylko jeśli się o tym wie, mnie bardziej przypomina krzyż) i stąd nazwa colomba. Samodzielne zrobienie ciasta jest pracochłonne i wymaga dużo czasu, od początku do końca trwa 18 godzin.


Jeśli jednak ktoś miałby ochotę spróbować, bardzo proszę. Oto wielkanocna colomba w sześciu krokach, z użyciem miksera, co bardzo ułatwia sprawę. Przepis pochodzi stąd i jest obliczony na dwa spore ciasta. Jeśli nie macie odpowiednich papierowych form, colombę można upiec w dużej tortownicy.

Colomba w sześciu krokach

Krok 1
3,5 łyżki zimnej wody
1/4 łyżeczki cukru
1,5 łyżeczki suchych drożdży
7 łyżek mąki
W misce miksera wymieszać wodę z cukrem, dodać drożdże, poczekać 10 minut aż się rozpuszczą. Dodać mąkę, wymieszać mikserem (gumową łopatką), miskę nakryć folią i odstawić na 45 minut. Gdy ciasto wyrośnie, zmieni konsystencję z twardej na miękką i puszystą.

Krok 2
2/3 szklanki mąki
4 duże żółtka
3 łyżki zimnej wody
2 łyżeczki cukru
Dodać do ciasta wymienione składniki, miksować 5 minut (końcówką do wyrabiania ciasta) aż się połączą. Potem nakryć folią i odstawić miskę, niech ciasto rośnie w pokojowej temperaturze. Po godzinie powinno być błyszczące, lekko puszyste.

Krok 3
6 łyżek miękkiego masła
5 łyżek cukru
2 duże żółtka
2 łyżki letniego mleka
1 łyżka miodu
2 1/4 szklanki mąki
Dodać do ciasta wszystkie składniki oprócz mąki, zmiksować, dodać mąkę, miksować na niskich obrotach 5 minut aż ciasto będzie gładkie i zwarte. Nakryć miskę folią i odstawić na 3,5 godziny, żeby ciasto wyrosło. Powiększy objętość dwukrotnie, będzie mniej błyszczące a jego konsystencja stanie się luźniejsza.

Krok 4
0,5 szklanki zimnej wody
1,5 łyżeczki suchych drożdży
2 szklanki maki
1 szklanka (kostka) miękkiego masła
6 łyżek cukru
4 duże żółtka
3 łyżki letniego mleka
2 łyżeczki esencji waniliowej
1,5 łyżeczki soli
1,5 szklanki skórki pomarańczowej
Wymieszać wodę i drożdże, odstawić na 10 minut aż się rozpuszczą. Dodać do ciasta, dodać też 1 1/3 szklanki mąki, połowę masła, cukier i dwa żółtka. Miksować 3 minuty aż będzie gładkie, dodać pozostałe 2 żółtka, mleko, esencję waniliową i sól, miksować kolejne 3 minuty aż wszystko się wymiesza. Dodać pozostałą mąkę, masło i skórkę pomarańczową, miksować 5 minut. Przełożyć ciasto do dużej wysmarowanej masłem miski, nakryć szczelnie folią i odstawić na 8-10 godzin (najlepiej na noc). Powinno powiększyć objętość dwukrotnie i stać się puszyste, tak by palce zagłębione w ciasto na niespełna centymetr zostawiały ślad.

Krok 5
Stolnicę posypać mąką  (0,5 szklanki), wyłożyć ciasto, posypać lekko mąką, żeby się nie kleiło. Jeśli mamy papierowe formy do colomby, dzielimy ciasto na trzy części, dwie umieszczamy w formach, trzecią dzielimy na pół i kładziemy na krzyż w obu formach.  Jeśli nie mamy form, możemy użyć dwóch 30-cm tortownic, wysmarowanych masłem. Ciasto dzielimy wtedy na dwie części i wkładamy do tortownic, po czym nakrywamy folią. Odstawiamy na ok. 3 1/4 godziny żeby wyrosło, i żeby palce zostawiały ślad.

Krok 6

1 szklanka cukru
1/2 szklanki migdałów
3 duże białka
1/4 łyżeczki esencji migdałowej
1 1/3 szklanki migdałów w płatkach
cukier puder
Zmiksować całe migdały z cukrem, dodając białka i esencję migdałową. Rozsmarować polewę na cieście, posypać płatkami migdałów i oprószyć cukrem pudrem. Piec w nagrzanym do 190 stopni piekarniku przez ok. 45 minut, aż zbrązowieje, a patyczek włożony w środek będzie suchy. Studzić w piekarniku.

I co Wy na to? Znajdzie się ktoś chętny, żeby spróbować? Mnie zmęczyło samo czytanie i za nic w świecie nie podjęłabym się takiego przedsięwzięcia. Jak większość Włochów zresztą – przed Wielkanocą colombę można kupić dosłownie wszędzie.

Buona Pasqua, wszystkiego najlepszego!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Matka wszystkich róż

Plan został wykonany, ale tylko częściowo. Glicynia przycięta - i ta przed domem, i ta na patio, i ta przed obórką (ma pączki jak tłuste fioletowe poczwarki, zaraz się coś z nich wykluje), winorośl przycięta, pod pergolą dosadzone dwa kolejne krzaki słodkich, wczesnych winogron, będą zwisać nad głową i prosić - zjedz mnie, zjedz mnie - czy to nie piękna perspektywa? choć daleka; oliwki częściowo przycięte, ale nie należy się spodziewać, że kiedykolwiek będą gotowe wszystkie, bo kiedy wreszcie skończymy z ostatnią, trzeba będzie już wrócić do pierwszej.


Z pilnych rzeczy ogrodowych do ogarnięcia zostały pokrzywy nad strumieniem, ale one mogą poczekać, i orto, gdzie pan R. nie pozwolił mi potraktować chwastów chemią. - Pani Oliwko - oburzył się - to przecież wszystko w ziemię wejdzie! - Nie wejdzie, to działa dolistnie, w ziemi nie jest aktywne, rozkłada się! - zaprotestowałam. Ale pan R. wie oczywiście lepiej,  żadnej chemii, twierdzi, i już. Nieoczekiwanie poparł go G. - czy ty sądzisz, że Giovanni pryska chwasty w swoim orto? - zapytał retorycznie. Oczywiście, że tak nie sądzę, Giovanni przecież orze tylko wtedy gdy księżyc jest w pełni (a może właśnie wtedy nie orze), a poza tym ma maszyny, których my nie mamy - taką na przykład kosiarkę bijakową, wspaniały wynalazek który kosi, miażdży i łomocze, i w ten oto ekologiczny i przyjazny sposób zabija wszystko co żywe. Tak czy inaczej, chwasty w orto uniknęły egzekucji i mają się jak najlepiej, zielenieją i rosną w siłę, a pan R. zapowiada - wyrwie się to wszystko, glebogryzarką przeleci i będzie po chwastach! Ja myślę, że i tak odrosną, ale zobaczymy. 

Nie posadziłam też nowych pięknych roślin na zboczu nad wodospadem, tej wiosny deszcz nie chce wcale padać, słońce grzeje coraz mocniej, projekt zbocze musi więc poczekać do jesieni. I bardzo dobrze, bo dzięki temu wreszcie zrobiliśmy porządek z różami, z całą kilkunastometrową różaną pergolą, wielką i zaniedbaną.

Nieoceniona E. już jesienią zapowiadała, że wpadnie kiedyś i pokaże nam, jak przyciąć tę różę. - To piękna stara odmiana, matka wszystkich róż, cudownie kwitnie, musicie coś z nią zrobić! - powiedziała i tak decyzja zapadła. Gdyby nie E., nigdy bym się nie zabrała za pergolę, róża musi mieć z kilkadziesiąt lat, a od dziesięciu, jak nie dłużej, nie była przycinana. Pergolę pokrywała skorupa suchych gałęzi, niemożliwie splątanych, przykryta kłębem młodych sięgających do nieba pędów. - Wszystkie suche trzeba powycinać i powyciągać - zapowiedziała E. - a resztę rozplątać. Chore i brzydkie usunąć, a pozostałe ułożyć na nowo na pergoli i przywiązać, żeby się ułożyły.


Rozplątywanie kilkumetrowych, giętkich i upartych pędów jest, wcale nie przesadzam, jak ujarzmianie koni. One się opierają, wierzgają, odskakują, uciekają, a ty do nich sięgasz, delikatnie i ostrożnie, przyciągasz coraz bliżej i coraz niżej, żeby nie spłoszyć i przypadkiem nie złamać, żeby się nie odgięła, nie uderzyła cię w twarz i nie uciekła - aż wreszcie możesz złapać mocno, pociągnąć i szybko przywiązać. Albo obciąć, jeśli widać, że nie chce być posłuszna. Rozplątywanie róży wymaga siły, zdecydowania i bezwzględności, całkiem jak poskramianie zwierząt, naprawdę. Brak skrupułów przydaje się zwłaszcza przy przycinaniu, zwłaszcza gdy większość pędów, nawet młodych i ładnych, trzeba wyeliminować, jak to elegancko określa E. A potem przyciąć grubsze gałęzie, które płaczą wodnistym sokiem, kapie z nich tak całą noc i następny dzień, bo w trakcie operacji, która ciągnęła się ponad tydzień, zrobiła się zupełna wiosna i pacjent zaczął się budzić. Róża właśnie wraca do życia i to, co z niej zostało - a zostało niewiele, może jedna czwarta - zaraz pewnie mimo wszystko zakwitnie.

Próbując w guglach sprawdzić, jak nazywa się matka wszystkich róż (róża pnąca stara odmiana, róża pnąca bez kolców, róża pnąca z łuszczącą się korą, róża historyczna odmiana pnąca z łuszczącą się korą) trafiłam na różę pod nazwą Tuscany/Old Velvet Rose/Old Tuscan. Prawdziwie toskańska odmiana, jak podają źródła, sprzed roku 1596 (wtedy urodził się Pietro da Cortona, ale nie o to chyba chodzi) pachnąca, odporna na mrozy i choroby. A do tego w kolorze czerwonego wina. Czy można chcieć więcej? Muszę ją gdzieś znaleźć, to jasne, choć zupełnie nie mam pomysłu, gdzie mogłabym ją posadzić. Dopóki remont się nie skończy, chyba niestety nigdzie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...